Kończąc kolejny rok wszyscy silą się na jakieś podsumowania i piszą o politykach, postaciach z telewizora, czyli tak zwanych gwiazdach, albo o gospodarce. Mnie się nie chce o tym pisać, bo na gospodarce znam się niewiele, politykom nie mam zamiaru poświęcać mojego czasu, bo i oni traktują mnie jak powietrze. „Gwiazdy” ostatnio jakieś wyblakłe i też mnie ten temat nie porywa. Mam za to ochotę na zakończenie roku trochę sobie pohasać. Zacznę od telewizji zwanej nie wiedzieć, czemu publiczną i zobaczę, dokąd mnie to zaprowadzi. Chodzi mi trochę o nazwę i trochę o pieniądze. Żeby ominąć brzydkie słowo napiszę, że irytuje mnie do białości fakt, że teoretycznie każdy, kto posiada odbiornik telewizyjny musi płacić jakiś haracz i w ramach tej opłaty może się nasycić reklamą, szmirą. Potem może się wyrzygać i znów włączyć opłacony odbiornik żeby operację powtórzyć. Po piątym nawrocie trochę się uspokaja. Ale może by mnie to tak nie bolało gdyby, choć raz na jakiś czas opłacony telewizor wyświetlił mi film, albo jakiś program, który mógłbym obejrzeć z zapartym tchem, nie rozmawiając z odbiornikiem. Mam taki zwyczaj, że jak już oglądam to pudło i jakiś bubek się wymądrza (raczej wygłupia) to mnie to tak irytuje, że zaraz wydzieram się na niego, czyli do telewizora. A jeszcze mniej by mnie to bolało gdyby nie ściągano ze mnie haraczu na zapewnienie bytu instytucji, która takie beznadziejne programy nadaje. Niech by sobie żyła. Niech by sobie nadawała, co chce, byle nie za moje pieniądze. Bo ja jak już muszę płacić to chciałbym coś z tego mieć. Taka już ze mnie świnia. Inne stacje, tak zwane komercyjne, nadają swój program i nie wyciągają do mnie łapek po pieniądze. Normalnie żyją z reklamy. I wcale nie mam do nich żalu, że nadają to, co nadają. Ich sprawa. Ja za to nie płace i nie mam zamiaru wymagać.
Telewizja publiczna to jest taka, że jest własnością państwa, czyli wszystkich obywateli. Kompletna paranoja, jak każda własność tego typu, pieprzony spadek po socjalistycznych magikach. Własność to takie coś, co daje mi między innymi możliwość decydowania o jakichś sprawach dotyczących przedmiotu, którego jestem właścicielem. Kto mi powie, jakiej części TVP jestem właścicielem? Co mam do powiedzenia w sprawie na przykład programu? Tak na prawdę guzik mnie to interesuje. Mam inny plan. Skoro jestem jako obywatel właścicielem czegoś to mam ochotę postawić taki warunek: albo przedmiot mojej własności zacznie mi przynosić dochód lub sprawiać mi przyjemność, albo wyrzucam go do kosza, spuszczam wodę i gaszę światło. Do tej pory przynosił mi same straty i musiałem jako dobry właściciel pokrywać je z własnej kieszeni. Teraz bardzo chętnie przyjmę coś w rodzaju dywidendy lub pozbędę się mojej własności nawet za darmo, bo nie mam zamiaru więcej do niej dopłacać. W tym miejscu można już jak w krzywym zwierciadle zobaczyć pomarszczoną ironicznym grymasem twarz paranoi. Nie mogę się za żadną cholerę pozbyć mojej telewizji. Nawet jakbym wołał, że nie chcę tego dobrodziejstwa, nawet gdybym dał ogłoszenie do gazety, albo napisał list do premiera to nie i już. Jest jednak pewien kruczek, którego można się chwycić, żeby nie płacić haraczu. Można pozbyć się telewizora. Nie ma to jednak żadnego związku z pozbyciem się własności publicznej, jaką jest telewizja, ponieważ TV należy do wszystkich obywateli, a więc też do tych, którzy odbiorników telewizyjnych nie posiadają. Na kiego, komu telewizja, skoro nawet telewizora nie ma? Jeszcze ciekawsze jest to, że tego telewizora naprawdę nie można mieć, jeśli się nie chce płacić na TVP. To trochę przypomina podatek od posiadania telewizora. Nawet gdyby ktoś sobie pomajstrował w odbiorniku i uniemożliwił fizycznie odbiór tych publicznych kanałów to i tak zapłaci haracz. Co za kanał?!
Celowo opisałem tylko te możliwości, ponieważ tylko te są zgodne z prawem. Jeśli człowiek chce być w zgodzie z prawem i jednocześnie mieć jakiś telewizor to musi płacić haracz.
Własność społeczna, czyli taka własność tylko w jedną stronę. Przeważnie do niczego nikomu nie jest potrzebna i chętnie by się jej wszyscy pozbyli, ale niestety nie mogą. Jakby, komu było mało telewizji to podobnie jest z PKP, PKS, gazownią, elektrownią, szkołami, uniwersytetami, sanepidami, GUS’ami i ZUS’ami. Czy pan Kowalski z II klatki czuje się lepiej wiedząc, że też jest właścicielem PKP? Czy ma z tego jakiś pożytek? No to odpowiem za pana Kowalskiego, że nie. Lata mu to jak kilo kitu u sufitu. Gdyby kolej była prywatna to już dawno by zbankrutowała. Syndyk sprzedałby pozostałości, a na gruzach upadłej PKP powstała by inna, bardziej mobilna struktura, a może kilka. I to wszystko za czyjeś pieniądze, nie za moje! Nie dołożyłbym do tego ani jednej złotówki, a na pewno też wpuściliby mnie do pociągu. Pewnie wagony byłyby należycie posprzątane i założę się, że bilety tańsze. Jakby ktoś się nie nadawał na konduktora, to zapewne konduktorem by nie był. Teraz skoro to jest nasza własność społeczna to możemy w ramach tej własności uczestniczyć w zyskach, ale tylko ujemnych, czyli stratach. Gdyby się jakimś cudem pojawiły zyski dodatnie to i tak nie obniżono by podatku. Jak ktoś ma jakieś wątpliwości to niech się przejdzie do sklepów. Niech sobie zobaczy jak wygląda sklep państwowy, czyli taki, którego właścicielami jesteśmy wszyscy, a jak prywatny, który ma jakiegoś bardziej namacalnego właściciela. Mógłbym takie przykłady mnożyć jeszcze długo, ale nie lubię bełkotać o rzeczach oczywistych w nieskończoność.
Chce teraz nawiązać do przymiotnika „społeczna” połączonego z rzeczownikiem „własność”. To, co napisałem pozwala stwierdzić, że przymiotnik „społeczna” spełnia jakąś taką dziwną funkcję, która jakby odwraca znaczenie rzeczownika. To połączenie daje coś w rodzaju „nie-własność”, albo „brak własności”. Przecież wiadomo, co to jest własność! Podam na wszelki wypadek definicję z encyklopedii:
Własność
1) W znaczeniu filozoficznym: Najpełniejsza władza użytkowania i dysponowania ( ius utendi et abutendi), jaką można mieć nad rzeczami (rozumianymi szeroko, od konkretnych przedmiotów fizycznych, takich jak dom, do tworów intelektu takich jak utwór literacki czy wzór matematyczny); także sama rzecz, nad którą ma się ową władzę.
2) W znaczeniu prawnym: Podstawowa forma władania dobrami przyrody. Występuje jako własność w znaczeniu konstytucyjnym (szerokim), gdy obejmuje własność i in. prawa majątkowe, oraz w znaczeniu prawa cywilnego — jako prawo pozwalające na władanie, pobieranie pożytków i rozporządzanie rzeczą w granicach wyznaczonych przez ustawę, zasady współżycia społecznego i społeczno-gospodarczego przeznaczenie prawa.
Widać, że ma się to nijak do własności społecznej. Chciałbym jeszcze pójść dalej tym tropem i spróbować tej sztuki z innym rzeczownikiem. Janusz Korwin Mikke dokonał kiedyś tego w Dzienniku Polskim, więc nie jest to myśl nowa, ale jak mniemam słuszna. Ja jednak nie mam ograniczeń i mogę sobie tu pisać, co mi się żywnie podoba i nie muszę się martwić o miejsce. Pozwolę sobie, więc tę myśl obrobić na własną modłę. Wracam do rzeczownika i wybieram „sprawiedliwość”. Chodzi mi o takie słynne hasło „sprawiedliwość społeczna”. Co to takiego? Można już zgadywać, że będzie to coś, co ze sprawiedliwością ma niewiele wspólnego. Jest to takie coś, co wydaje się na pierwszy rzut oka sprawiedliwe, ale gdy się człowiek nad tym pochyli, to wychodzi, że jednak nie do końca. Weźmy pod mikroskop na przykład takie podatki. Sprawiedliwość społeczna skonstruowała nam skale podatkową taką, że jak się zarabia tak sobie, to płaci się 19%, jak więcej to 30%, a jak najwięcej to 40%. Pierwsza grupa to przeważnie „etatowcy”, druga to właściciele małych i średnich przedsiębiorstw, kadra kierownicza w większych firmach, trzecia to ludzie prowadzący wielkie interesy. Jaką miarą były mierzone te skale? Czy ten, co zarabia więcej napracuje się mniej niż ten, co zarabia mniej? Co to w ogóle ma do rzeczy? Dlaczego faceci z trzeciej grupy mają mniejszy pożytek ze swojej pracy niż ci z pierwszych dwóch? Pewnie zaraz ktoś powie, że ci, co płacą według najwyższej stawki, to na pewno kradną. Tak już nas nauczyli, że ten, co ma więcej nie może być uczciwy. Myślę, że czas najwyższy to zmienić. Skoro kradną to im trzeba to udowodnić, a następnie wsadzić za kratki, a nie pozwalać na to pod warunkiem płacenia wyższych podatków. Sprawiedliwość, to by była wtedy, gdyby wszyscy płacili po równo, ponieważ sprawiedliwość to równe traktowanie wszystkich podmiotów i wcale nie ma znaczenia czy ktoś zarabia więcej czy mniej, czy ktoś jest kobietą czy mężczyzną, czy ma długie włosy, czy nie. RÓWNE TRAKTOWANIE to jest sprawiedliwość! W Konstytucji (art. 32) mamy zagwarantowaną równość wobec prawa. I co? I jajco! Skale podatkowe to nie prawo. To bezprawie! Innym przykładem nierównej pozycji wobec prawa mogą być przymusowe ubezpieczenia w ZUS i KRUS. Z jakiej okazji ktoś musi płacić więcej, a inny ktoś też musi, ale mniej? Inna sprawa, że w ogóle coś musi. Skoro już uczepiłem się Konstytucji to będę kontynuował. W artykule drugim stoi jak przysłowiowy wół „Rzeczpospolita Polska jest demokratycznym państwem prawnym, urzeczywistniającym zasady sprawiedliwości społecznej”. Ja to przetłumaczę na ludzki język tak: „Rzeczpospolita Polska jest demokratycznym państwem prawnym, uprawiającym bezprawie”. Na podstawie podanych wywodów i przykładów napiszę teraz równanie, które polecam waszej pamięci:
x+społeczny=(-x). W miejsce x można wstawić dowolny rzeczownik. Możecie sobie je także dalej przeliczać podstawiając za x jakieś liczby i wyliczając wartość przymiotnika zgodnie z prawami matematyki. Wkrótce się przekonacie, że liczby nie kłamią.
Tak doszedłem do Konstytucji i mam ochotę poruszyć jeszcze sprawę wolności, która jako jedno z podstawowych praw również jest zagwarantowane. Artykuł 31 punkt 1 „Wolność człowieka podlega ochronie prawnej.”, więc może ktoś by mnie ochronił? Chciałbym sobie zadecydować w kilku istotnych dla mnie sprawach na przykład ubezpieczenia, czy tego, komu pomagam finansowo, a komu tylko dobrym słowem albo wcale. Teraz państwo z jednej strony zabiera wszystkim, a z drugiej rozdaje niektórym. Wybrani, w dużej części mogliby się bez tej pomocy obyć. Środki, które są przeznaczane na różnego rodzaju pomoc rozdzielane są według jakiegoś współczynnika, czy ilości osób albo kwoty na osobę. Metoda ta jest tak sztuczna jak sam pomysł państwa opiekuńczego. Wystarczy przekroczyć jakiś limit o 50 groszy, żeby się na dopłatę załapać lub nie. Gdyby to zależało ode mnie to może wspierałbym jakąś instytucję charytatywną albo zatrudniłbym jakiegoś bezrobotnego do stukania w klawisze. Teraz mnie nie stać i stukam sam. Chciałbym też legalnie skorzystać z wolności zawierania umów i mieć możliwość przepracowania miesiąca za na przykład 15 zł i 32gr. Nie znaczy to, że chętnie zgodziłbym się na takie warunki, ale chciałbym mieć taką opcję do wyboru. Chciałbym też móc sprzedać nowiutkiego mercedesa za 5 złotych i zapłacić od tego normalny podatek w wysokości 2%. Nie chciałbym, żeby jakiś urzędniczyna podważał prawdziwość mojej umowy. Nie jest facet stroną, a jego zadaniem jest przyjąć do wiadomości i zainkasować. Chodzi mi tutaj o swobodę dysponowania swoją własnością. Jeżeli ktoś uważa, że oszukuję to powinien mi to udowodnić przed sądem, a nie według własnego uznania decydować, kto kłamie, a kto nie. Po prostu sobie tego nie życzę. Z litości dla potencjalnych czytelników nie będę się rozpisywał o wolności gospodarczej, koncesjach, zezwoleniach i pozwoleniach.
Można by tak wytykać bez końca, ale przecież nie chodzi mi o to, żeby się pastwić nad systemem. Prawda jest raczej z tych bolesnych. W sprawach, o których pisałem wcale nie posunęliśmy się do przodu od 1989 roku. Te wszystkie piękne slogany, którym nas karmiono okazały się tylko słowami i ewentualnie życzeniami. Nadal jesteśmy na etapie służenia strukturom państwowym jako jakieś źródełko z niewyczerpanymi zapasami pieniędzy, które lekką rączką można wyciągnąć i wydać na przykład na sponsorowanie jakiegoś bankruta: TVP, PKP itp. Nadal żyjemy w pokręconym kraju. Już mi się nie chce wymieniać, co jest do dupy, bo pewnie nie skończyłbym do wiosny.
Marek Czapla